Marcin Jurczenko

Wielkość tekstu

 

Z Marcinem Jurczenko spotykamy się po ostatniej sesji rehabilitacji metodą PNF. Mimo to nie widać po nim zmęczenia. Zanim zaczniemy rozmowę stół przy którym siedzimy zapełnia imponująca kolekcja medali z biegów, w których brał udział. Z cierpliwością odpowiada na każde nasze pytanie, a kiedy opowiada o sporcie widać zaangażowanie i radość, którą mu to sprawia. Już po krótkiej chwili nie mamy wątpliwości, że rozmawiamy z ambasadorem aktywnego stylu życia i prawdziwym pasjonatem.

 

Czy zawsze był pan aktywny i uprawiał sporty, czy biegał pan wcześniej i nagle stwierdził – zmierzę się z innymi podczas zawodów?

To właśnie jest śmieszne, ponieważ akurat rywalizacja najmniej mnie w tym kręciła. Kumpel mnie zachęcił „chodź pobiegniemy”. Trochę się może licytowaliśmy - ja wówczas trenowałem pod okiem trenerki cross fit i opowiadałem mu co zrobiliśmy, co osiągnęliśmy, on się z kolei chwalił ile przebiegł, ale mnie zawsze bieganie wydawało się nudne i w tamtym okresie nie biegałem. Udało mu się jednak zachęcić mnie do udziału w biegu Interrun organizowanym przez InterSport na krakowskim Rynku. Zacząłem przygotowania. Wydawało mi się, że mam miesiąc, 5 km to jest nic, pobiegam tutaj po hałdach z psem i to było tak, że jedno kółko i… haaaa ta głęboka zadyszka.

Mimo ciągłej dobrej formy fizycznej, treningów cross fit?

Tak, mimo roweru i treningów siłowych – w bieganiu jest zupełnie inna wydolność, pracują inne mięśnie i wtedy było takie zderzenie – „rany bombę, nie mogę tego osiągnąć”. Ale pobiegłem te 5 km w ok. 32 minuty i to było bardzo przyjemne doświadczenie. Potem było jeszcze kilka biegów, m.in. w Puszczy Niepołomickiej, ale tam już trzeba było przebiec 15 km, więc pobiegłem trochę wolniej. Teraz myślę, że inaczej rozpocząłbym swoją karierę biegacza. Zaczynałbym od krótszych dystansów, zwłaszcza, że nie jestem młodzieniaszkiem – mam 40 lat. To dobry wiek dla maratończyka jak ktoś biega od 20, a nie jeśli ktoś zaczął 6 lat temu.

Czyli 6 lat temu zaczęło się bieganie?

Tak, to już 6 lat. Ale to nie jest tak, że wyznaczyłem sobie cel – zaczynam biegać i za 3 miesiące pobiegnę maraton, akurat ja tego błędu uniknąłem, bo mnie to zajęło 2 lata. I chodziło tu głównie o zdrowie, nie chciałem go nadwyrężyć.

Wspomniał Pan, że od dziecka był Pan aktywny fizycznie. Jakie dyscypliny były Panu wówczas bliskie, ponieważ już wiemy, że nie bieganie?

Sport od zawsze mi towarzyszył, bieganie przyszło znienacka, ale pływanie, rower, siatkówka, tenis były mi bliskie od dziecka…

Takie zamiłowanie wyniósł Pan z domu rodzinnego, czy może edukacja szkolna, wf-ista pasjonat, koledzy na podwórku?

Bardziej mama i to, żeby właśnie nie być takim, jak większość kolegów z podwórka. Pochodzę z Lubina, mój okres dorastania przypada na początek lat 90. Biedna Polska, małe miasto górnicze, więc gdy pojawiły się większe pieniądze w górnictwie zaczęły się w tym środowisku problemy z alkoholizmem. Dzieciaki całymi dniami przesiadywały na ławce pod blokiem, nic nie robiąc. Więc mama zaproponowała – może pójdziesz na tenis, trener na ciebie czeka? No i poszedłem. Dwa razy w tygodniu chodziłem na treningi tenisa, potem trener zaproponował mi jeszcze siatkówkę, potem dołączyłem basen i tak miałem 4 popołudnia zagospodarowane i nie było czasu usiąść na ławeczce.

Czyli najpierw biegał Pan, by sprawdzić własne możliwości, a teraz, sądząc po stosie „egzotycznych” medali, które przyniósł Pan na dzisiejsze spotkanie, doszedł do tego element poznawania świata.

Tak – żeby każdy miał coś dla siebie, bo to bieganie dla rodziny jest utrapieniem i nudą.

Nie biegają?

Nie – nie lubią nawet. Ale może się kiedyś zarażą, bo bieganie jest zaraźliwe. Mam kumpla w Szwecji, nie biegał, ale umówiliśmy się kiedyś że pobiegniemy w Stockholm Half Marathon. Przygotowywaliśmy się każdy u siebie i potem spotkaliśmy się na mecie. No i zaraził się, teraz biega, pływa, chodzi na siłownię. Inny też się zaraził, dzięki czemu udało mu się zrzucić zbędne kilogramy. Nawet organizuje teraz memoriał Lucka Chorążego, biegacza górskiego, który zginął na Babiej Górze.

To skoro te biegi są teraz wybierane pod kątem miejsca, to czy jest jakiś wymarzony, np. maraton nowojorski, albo któryś z popularnych teraz biegów typu runmageddon, a może skoro pojawiło się hasło rower, to Oravaman?

Oravaman może być, choć pani trzyma medal, który był właśnie takim wymarzonym. To jest medal z Zurychu, w którym kręcili Va Bank, mój ukochany film. Ekstremalny Oravaman to może za dużo, ale jakiś triathlon taki krótkodystansowy mam już za sobą. Dużo daje mi Facebook. Z niego dużo dowiedziałem się i o Swoszowicach i o biegach. Kiedyś organizator triathlonu w Tyńcu zrobił konkurs na Facebooku, trzeba było napisać dlaczego chciałbym wygrać pakiet startowy, napisałem i wygrałem ten pakiet, a potem pojawiły się wątpliwości – czy dam radę? W tych zawodach trzeba było przepłynąć 800 metrów, pobiec 7 km i przejechać na rowerze 23 km po tynieckich skałkach. I całkiem dobrze mi poszło, bo zająłem 14 miejsce na ok. 60 uczestników. Myślę, że teraz, kiedy wracam do pływania po kontuzji, operacji i rehabilitacji barku to „pójdę” właśnie w triathlon.

Nowe wyzwania?

Tak – coś nowego, urozmaiconego. Interesuje mnie też bieganie wspólne, ale nie wspólne trenowanie, treningi grupowe…

Woli Pan biegać sam, nie w towarzystwie?

Tak – wolę sam trenować, ale potem biegać w zawodach wspólnie. Np. jestem umówiony z kumpelą, która wyemigrowała do Anglii, że w lipcu przyszłego roku pobiegniemy 50 mil po pięknym i uroczym parku w Yorku razem – w parze.

Tych biegów teraz się organizuje bardzo dużo i wszystko jest dla ludzi, tylko trzeba sobie zadać pytanie, po co się w tym bierze udział. Bo tak jak mówi się o uzależnieniu od używek, to bieganie też może się stać nałogiem…

Uzależnia sam wysiłek fizyczny, rywalizacja, wyniki?

Myślę, że to od wyników głównie można się uzależnić. To wciąga i zasysa, jeszcze szybciej, jeszcze szybciej…

A dla Pana rywalizacja i wynik są ważne, czy chodzi tylko o to, żeby pobiec i dobiec?

Lubię wyprzedzać ludzi, kiedy ja biegnę, a oni idą – to mi sprawia dużo satysfakcji, bo wiem, że dobrze się przygotowałem. Kiedy ostatnie kilometry przebiegnę szybciej niż pierwsze lub środkowe wtedy wiem, że miałem jeszcze zapas i mogłem inaczej rozłożyć siły, ale ja raczej biegam zachowawczo.

Przed nami leży cały stos przeróżnych medali. Który bieg w Pana karierze był najdroższy?

Oslo. Prawie 500 zł udział w półmaratonie.

Najdalszy?

Póki co Kanary – półmaraton.


Bieg Nocny w szwajcarskiej Bazylei 2017

Reszta rodziny pojechała z Panem wtedy na wakacje?

Tak, jeszcze przyjaciel do nas dołączył i spotkaliśmy się wszyscy na mecie. Natomiast biegiem najbardziej znienacka był ten w Berlinie. Pojechaliśmy z nauczycielami z mojej szkoły na wycieczkę integracyjną z okazji Dnia Nauczyciela w 2015 roku. Okazało się, że w czasie kiedy będziemy w Berlinie odbywa się tam bieg. Zapisałem się na miejscu, reszta wycieczki zwiedzała miasto, a ja pobiegłem. Odebrali mnie po biegu.

Który bieg wspomina Pan najgorzej? Który był najtrudniejszy pod względem psychicznym lub fizycznym?

Najgorzej wspominam maraton warszawski. To był mój drugi maraton i biegłem z kumplem, który mnie wciągnął do biegania. I tak nam się dobrze biegło razem, tak nam się dobrze gawędziło, że w ogóle nie kontrolowaliśmy tego, co się dzieje wokół nas. Zupełnie nie realizowałem wtedy swojego założonego planu i to było bliskie temu co piszą o tych „ścianach”, skurczach, trudnościach z dojściem do mety – ostatnie 2 km to była walka z samym sobą.

Lubię za to biegi nocne, nocny maraton w Luksemburgu jest fajny, bo się biegnie ulicami miasta, ludzie siedzą w kawiarnianych ogródkach. Lubię brukselski półmaraton, miasto dość pagórkowate więc bieg wcale niełatwy. Lubię Sztokholm, duży bieg bo 12 tysięcy uczestników, ale organizatorzy świetnie utrzymują porządek.

Możliwości i pomysłów na kolejne biegi jest mnóstwo, jest co robić, co planować. Jak wygląda udział w biegu pod względem logistycznym? Ile wcześniej trzeba planować start?

Ja już mam wstępny plan na przyszły rok. Chcę wziąć udział w 3-4 biegach na 10 km do czerwca. W czerwcu mam już opłacony nocleg, przelot i udział w półmaratonie w Tromsø – to jest za Kołem Podbiegunowym w Norwegii. Ja generalnie wolę niższe temperatury, dobrze mi się biegnie kiedy w twarz rzuca śniegiem, wiatrem…Czyli ostatni 5. Bieg Swoszowicki, kiedy żar lał się z nieba był niezbyt przyjemny?

Fakt, ale całkiem dobrze mi poszło [uśmiech]. Cały dzień byłem tutaj z dzieciakami ze Skawiny, realizowaliśmy grant taki jak zeszłoroczne „Wakacje w ruchu”, kiedy zwiedzaliśmy Uzdrowisko. Celem była profilaktyka zachowań ryzykownych, scalenie grupy, wzmocnienie poczucia własnej wartości. Wciągnąłem dzieciaki do wolontariatu w czasie biegu i to dla nich i dla mnie była ogromna wartość. Niesamowite, gdy dzieci, które na co dzień chodząc po szkolnych korytarzach zaczepiają i dokuczają słabszym kolegom z nabożnym skupieniem wręczają medal na mecie swoim rówieśnikom.

Z zawodu jest Pan pedagogiem. Czy pasja biegania koresponduje w jakiś sposób z wykonywaną pracą?

Myślę, że to jest autentyczne dla dzieci, jeśli np. proponuję im wspólne popołudniowe bieganie. Łapię z nimi lepszą łączność. Poza tym często mówi się, że sport ma pozytywny wpływ na ludzi – rozładowuje ewentualne napięcie, uspokaja trudne emocje.

Czy bieganie jest czasochłonne? Jak często trzeba trenować – ile razy w tygodniu?

Ok. 5-6 razy tygodniowo. Często trudno wszystko pogodzić, zwłaszcza, że zapisałem się na studia podyplomowe. Jestem sową - biegam raczej wieczorami.

Jak wygląda kwestia kontuzji u biegaczy? Często się zdarzają?

W tej kwestii jestem raczej kiepskim źródłem informacji, ponieważ moja kontuzja ręki, która ciągnęła się przez ostatni rok, była kontuzją narciarską. Druga była efektem nieszczęśliwego wypadku w trakcie biegania – potknąłem się, chociaż teraz sobie myślę, że to mogło być efektem słabej „taśmy”, lub „coru” jak to mówią. Stabilność u mnie nie jest najlepsza, nad tym muszę popracować i od tego radzę zaczynać trenowanie biegania.

Skąd dowiedział się Pan o naszym Uzdrowisku?

Znam was od dziecka, ale pierwsze zetknięcie było w czasie pierwszego Biegu Swoszowickiego. Bardzo się ucieszyłem , że Uzdrowisko udostępniło swój teren. Potem była wizyta z dzieciakami ze Skawiny w ramach akcji „Wakacje w ruchu” organizowanej przez Stowarzyszenie STOG. Chcieliśmy im pokazać, że profilaktyka i rehabilitacja są ważne. Natomiast osobiście z rehabilitacji skorzystałem po operacji ręki, odbyłem 3 tygodniową kurację ambulatoryjną w ramach NFZ, a potem kontynuowałem leczenie jeszcze prywatnie, dziś je zakończyłem, z bardzo dobrym efektem. To był ogromny wysiłek rehabilitanta i mój, ponieważ każdy swój dzień zaczynam od ćwiczeń – wciąż wzmacniam siłę mięśniową.

Czy uważa Pan, że ogólna dobra kondycja fizyczna pomaga w procesie rehabilitacji i rekonwalescencji po operacji?

Myślę, że tak. Ja dość szybko wróciłem do biegania. Mniej więcej po 6 tygodniach zapytałem lekarza czy mogę biegać, powiedział, że jeśli nie będzie bolało, to mogę wszystko. Pierwsze biegi 3 km przebiegłem z uczuciem imadła zaciśniętego na barku. Ale po tygodniu wszystko się rozruszało, teraz jeszcze muszę popracować nad wzmocnieniem siły mięśniowej i zwiększeniem ruchomości.

Bardzo dziękujemy za poświęcony czas, życzymy wielu kolejnych sukcesów i ciekawych startów!

Ja również dziękuję!


Ułamek z kolekcji medali Marcina Jurczenko

Rozmawiały Anna Job. Marta Hojka